sobota, 30 lipca 2016

Weganie na Bałkanach: Bośnia i Hercegowina oraz Czarnogóra

Kolejny rok, kolejna podróż po Bałkanach. W tym roku wybraliśmy się do Bośni oraz Czarnogóry.
W trackie wyjazdu publikowałam sporo zdjęć na Instagramie i dostałam od Was pozytywny feedback, dużo pytań o wyjazd, trasę, jedzenie, więc postanowiłam się z Wami podzielić naszą zaledwie tygodniową bałkańską podróżą.
O spostrzeżeniach, pięknych miejscach i wegańskim jedzeniu przeczytacie w poniższym poście.
Jeśli macie ochotę zajrzyjcie też do wpisu o Słowenii i Chorwacji z tamtego roku.



Szczegółowo opiszę Bośnię i Czarnogórę, ponieważ to tam spędziliśmy najwięcej czasu. W Budapeszcie zjedliśmy fantastyczny obiad w wegańskiej restauracji Napfényes Étterem, w Slano zaczęliśmy opalanie, w Dubrovniku trafił nas szlag, zaś na Słowacji - w Koszycach zrobiliśmy tradycyjne zakupy kremu ciasteczkowego, kofoli i pasty "sojakrem".

Napfenyes Etterem, obiad i deser

Dubrovnik


Język

Uwierzcie mi, ale już lepiej mówić po polsku niż angielsku, a jak perfekcyjnie władacie tym językiem, to w ogóle źle :) Nie ma reguły, ale często w knajpach i restauracjach obsługa nie mówi po angielsku, za to często na straganikach dogadacie się w tym języku. Zresztą wystarczy powiedzieć że jest się z Polski, a usłyszycie "Polskaaaaa, dzień dobry, dziękuję!"
Mówienie po angielsku często jest źle odbierane przez starsze osoby, które kompletnie nie znają tego języka. Warto nauczyć się kilku podstawowych słówek i zamiast "thank you" używać "hvala". Od razu robi się przyjemniej :)

Bośniackie "piramidy"


Noclegi

Nocowaliśmy w hostelach oraz na campingach. Pierwszą noc spędziliśmy w Sarajewie w hostelu "Hostel Ville", który oceniam na 10/10. Nie wiem czy właścicielem jest młody chłopak, czy po prostu tam pracuje, ale był niesamowicie uprzejmy i pomocny, opowiadał nam o zabytkach, gdzie warto wyjść, co zjeść, jednym słowem buzia mu się nie zamykała :)
Hostel jest bardzo ładny i czysty, każdy ma dostęp do świetnie wyposażonej kuchni (zamrażarka, lodówka, mikrofalówka, zmywarka, kuchenka, wyciskarka do soków i cała zastawa oraz darmowa kawa i herbata), salonu z telewizorem, jadalni oraz parkingu w garażu budynku. Do tego darmowe wi-fi. Pamiętajcie, że Bośnia i Czarnogóra nie należą do Unii Europejskiej, więc wszystkie pakiety internetowe "do UE" nie działają.

Sarajewo
W Bośni można płacić ichniejszą walutą, czyli bośniackimi markami, lecz także euro. 1 euro to po prostu 2 "bihy", oznaczane też "km". Niemal wszędzie zapłacicie w euro, lecz i tak na wszelki wypadek warto rozmienić pieniądze, co często powoduje zdziwienie sprzedawców, że mamy bośniacką walutę :) Jeśli chodzi o Czarnogórę to króluje euro.

Drugim hostelem był Motel Malta, do niego też nie mam zastrzeżeń. Bardzo ładne pokoje, sympatyczna obsługa, śniadanie w cenie pokoju. Jeśli chodzi o śniadanie, to nie było szwedzkiego stołu lecz wybierało się danie z karty, a tam same jajka i mięso. Nam udało się zjeść grillowane warzywa i dostać również ser, który ładnie odsunęliśmy na bok (zdjęcie) :) Warto iść na śniadanie, żeby chociaż wypić espresso czy sok.

Camping

Pierwszym campingiem był Camping Zlokovic w miejscowości Bijela (Czarnogóra). Dotarliśmy do niego późno, bez chęci na dalsze poszukiwanie noclegu, więc od razu się zdecydowaliśmy na ostatnie miejsce. Z czystym sumieniem mogę Wam polecić, jedna noc za osobę to zaledwie 7 euro (z samochodem i namiotem). Camping ma bezpośredni dostęp do morza oraz mnóstwo knajpek zaraz przy plaży. Właściciel i jego wnuczka to przemili ludzie i świetnie mówią po angielsku.

Na drugim campingu - Camping Maslina zatrzymaliśmy się na dwie noce. Camping również jest położony przy morzu, jest jednak sporo większy, panuje w nim trochę hipisowska atmosfera :) Cena za dwie noce i dwie osoby wynosiła 27 euro, więc już ciut drożej. Co do internetu, to wi-fi działa jak wszyscy pójdą spać :)

Ostatnim campingiem był krótki postój na Chorwacji, już w drodze do domu. Camping Suza Baranje jest niewielki, ma mało miejsca, lecz bardzo wysoki standard. Jedynym minusem były niesamowicie uparte komary, które uprzykrzały życie. Kilkuminutowe rozłożenie namiotu było niemożliwe bez tysiąca ukąszeń. Do tej pory się drapię.
Cena to 15 euro za dwie osoby za noc. Na tym campingu spotkaliśmy parę Polaków, witając się z nimi oczywiście po angielsku :)

Camping nad morzem


Prowiant na drogę

Zabraliśmy dużo razowego chleba na zakwasie (wolniej robi się czerstwy), pasteryzowanych past kanapkowych, dżemu, owoców, warzyw, płatków owsianych, pestek dyni i orzechów, małych mlek Alpro - rada od ciotki Anki, bierzcie małe, które użyjecie na raz lub dwa, ponieważ od upału wszystko szybko się psuje, lodówka samochodowa niestety nie daje rady.

Trasa i miejsca

Wyruszyliśmy z Rzeszowa, a więc niedaleko od granicy ze Słowacją. Jechaliśmy przez Słowację, Węgry, Chorwację oraz docelową Bośnię i Czarnogórę. W jedną stronę, licząc do Bośni pokonaliśmy ponad tysiąc kilometrów.
Drogi są w porządku, chociaż ich spora część prowadzi przez jezdnie szerokości jednego samochodu, mając z lewej strony sypiącą się górę, a z prawej przepaść. Mnie to nie przeraża, bo widoki są boskie. Szkoda spać, lepiej podziwiać! Na granicach sprawdzają oczywiście dokumenty, nie ma jednak żadnej większej kontroli, oprócz okazania zielonej karty.
A teraz czas na miejsca, które musicie odwiedzić!

Gdzieś w trasie :)

Bośnia


Sarajewo.
Piękne miasto ze smutną historią. Paweł sporo czytał o wojnie, o której miałam tylko ogólne pojęcie. Gdy opowiadał historie z nią związane - łzy same cisnęły się do oczu. W mieście co drugi budynek ma ślady kul po ostrzeliwaniu z moździerza. To przerażający widok. Nie mogę sobie wyobrazić takiej sytuacji w obecnych czasach, nie rozumiem wojny.

Ślady po wojnie

W Sarajewie znajduje się opuszczony tor bobslejowy z zimowych Igrzysk Olimpijskich. Przez cały nasz pobyt w Sarajewie strasznie padało, a na dodatek na górach osiadła mgła, która w połączeniu z torem wyglądała trochę przerażająco. To było jedno z niewielu miejsc, w których niemal nie było turystów.

Opuszczony tor bobslejowy

Opuszczony tor bobslejowy

Bośnię od wieków zamieszkuje mnóstwo muzułmanów, co w efekcie daje mnóstwo meczetów, minaretów i islamskich cmentarzy. Kilka razy dziennie z meczetów słychać wołanie na modlitwę. Ten dźwięk, śpiew, robi niesamowite wrażenie. Próbowałam nawet nagrać modlitwę, będąc w Mostarze, słychać całkiem dobrze > link.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to nie zauważyłam nic niepokojącego. Wiadomo, teraz trwa nagonka na muzułmanów, wrzucając wszystkich do jednego worka. Trzeba odróżniać terrorystów od normalnych ludzi. Kobiety owszem, chodzą całe zakryte, jest też sporo tylko z chustami na głowie. Spacerują ze swoją rodziną po mieście, przesiadują w kawiarniach i restauracjach, robią sobie selfie, śmieją się, chodzą na plażę.
Wchodząc do świątyń należy zakryć głowę, ramiona oraz nogi, a także zdjąć obuwie. Mężczyźni również muszą zakryć nogi.

Świątynia Derwiszów

Cmentarz

Jeśli będziecie w Mostarze, polecam wejść właśnie do świątyni z minaretem (wieżą), nieopodal mostu. Doskonale z niej widać Stary Most, można zrobić piękne zdjęcia. To właśnie jedno z miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć. Niesamowicie podoba mi się ten kraj, który jest połączeniem kultury słowiańskiej z elementami orientu. Magia!

W Mostarze warto odwiedzić wystawę fotografii z wojny oraz obejrzeć film, który pokazuje kompletne zburzenie mostu przez Chorwatów i jego odbudowę. Koszt to bodajże 2 euro, zostaje na długo w pamięci, zwłaszcza gdy się po nim przechadza. A jak będziecie mieć szczęście, to zobaczycie chłopaków skaczących z mostu do wody. Oczywiście za odpowiednią kwotę :)

Stary Most w Mostarze

Mostar

Dwa dni spędziliśmy w Mostarze odwiedzając dodatkowo miejscowości Blagaj oraz Studenci. W Blagaj znajdziecie pochodzącą z XV wieku świątynię Derwiszów z malowniczym widokiem na rzekę Bunę, wypływającą z jaskini. Wchodząc do klasztoru należy odpowiednio się przyodziać.
Klasztor jest otoczony knajpkami, w jednej z nich podają niedobry hummus z falafelami :)

Świątynia Derwiszów - Blagaj


Studenci słynie z wodospadów Kravica. Te piękne wodospady są oblegane przez turystów, którzy niestety psują klimat miejsca. Ale cóż... my też nimi byliśmy. Miejsce jest bajkowe, woda czysta i lodowata. Polecam jechać rano, kiedy jeszcze nie ma tłumów.

Wodospady Kravica


Kolejnym naszym punktem wycieczki było miasto Počitelj, nad którym górują pozostałości tureckiej twierdzy, zbudowanej na ruinach rzymskiego zamku. To było jedno z miejsc, które podobało mi się najbardziej. Domy na terenie twierdzy są zamieszkałe, ciekawe czy mieszkańcy się denerwują wycieczkami turystów.

Po zejściu z twierdzy udaliśmy się do restauracji znajdującej się u stóp ruin, na wyśmienitą kawę po bośniacku. Odkąd zawitaliśmy do Bośni, zachorowałam na zestaw do parzenia kawy (džezva). Są przepiękne! Kosztował nas sporo euro, ale opłacało się. Piękna pamiątka!

Selfie w Pocitelj i kawa po bośniacku


Pocitelj
Pocitelj

Czarnogóra


Po Bośni czas na Czarnogórę i wspaniałe morze. Przygotujcie się na zatrzymywanie samochodu na poboczu co kilkanaście kilometrów. Widoki są tak piękne, że nie sposób nie robić zdjęć!

W drodze do Kotoru zajrzeliśmy do Perast. Jeśli pojedziecie tą trasą, to polecam obejrzeć miasto oraz wejść na starą wieżę z zegarem. Widoki są przepiękne.

Perast i wieża
Perast
Perast
W Kotorze jest mnóstwo turystów i ciężko jest znaleźć parking z wolnymi miejscami. Dodatkowo na głównych ulicach są straszne korki. Moje zdziwienie wywołały przedzierające się karetki na sygnale, które nie są puszczane przez tubylców, jedynie przez obcokrajowców.
Lepiej nie chorować na Czarogórze :)

Zaraz za wejściem do kotorskiego starego miasta sprzedawane są wegańskie lody (sorbety). Zdjęcie poniżej w części o jedzeniu. W Kotorze wyszliśmy na fortyfikacje starego miasta. Był to nie lada wysiłek. Żar lał się z nieba, do pokonania było chyba z miliard kamiennych schodków, ale widoki zrekompensowały wszystko.
Byliśmy spaleni słońcem, spoceni, ale szczęśliwi!

Ze szczytu fortu widać całą Zatokę Kotorską (Boka Kotorska).



Kotor - Boka Kotorska

Kolejnym punktem był Park Narodowy Lovcen, na terenie którego znajduje się Mauzoleum władcy Czarnogóry - Piotra II Petrowicia Niegosza. Pasmo gór otaczające mauzoleum zapiera dech w piersiach!

Lovćen, wejście do Mauzoleum i druga strona

Lovćen, pasmo gór

Nasza przygoda powoli dobiegała końca. Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy w Czarnogórze był Stari Bar. To ruiny starożytnego miasta, niegdyś tętniącego życiem. Przechadzanie się po runiach nie zajmie Wam dłużej niż pół godziny, ruiny nie są zbyt rozległe.
Po zwiedzaniu warto wybrać się do knajpek, które mija się po drodze. Polecam Kaldrmę, o której wspomnę poniżej. Warto również kupić czarnogórskie wino i ajwar.

Stari Bar

Stari Bar
Bar

Kawiarnie i knajpki

Kawa espresso kosztuje grosze, często jej cena nie przekracza jednego euro. Jednak warto zrezygnować z espresso na rzecz kawy po bośniacku/turecku. Mimo, że nie przepadam za czarną kawą bez mleka, to kawa z tygielka skradła moje serce!

Nie byliśmy w zbyt wielu stricte wegańskich/wegetariańskich miejscach, bo można je zliczyć na palcach jednej dłoni. Zazwyczaj w niemal każdej knajpce można dostać "vegetarian plate", który jest miksem różnych warzyw z dodatkiem sera. Często spotykany jest hummus i falafel czy sałatka tabouleh, zwłaszcza w Bośni, to przecież w dużej części muzułmański kraj. Nie ma problemu ze zjedzeniem spaghetti aglio olio czy z warzywami. Poniżej miejsca, które udało nam się odwiedzić, w dużej mierze przypadkowo.

Falafel Restoran - Sarajewo (BiH)

Nowe miejsce z falafelami. Lokal jest malutki, ma piętro, którego nie widziałam, więc zostanę przy tym, że jest mikroskopijnych rozmiarów. Mieliśmy szczęście i poznaliśmy właściciela, z którym ucięliśmy krótką pogawędkę. Przesympatyczny człowiek.
Zamówiłam mały zestaw z falafelem i tahiną (najlepsza jaką jadłam) oraz sałatkę tabouleh. Danie było wyśmienite. Nie ma to jak prawdziwy falafel, a nie jakieś mrożone kulki jak w jednej z restauracji. Bułka dodawana do dania była tak dobra, że chciałam ją wziąć na drogę. Zjadłam ją nie robiąc wiochy, kradnąc Pawłowi jego boski w smaku hummus.

Polecam to miejsce <3

Falafel Restoran - Sarajewo (Bośnia i Hercegowina)

W knajpkach zatrzymywaliśmy się raczej na kawę, wodę lub piwo. Spróbujcie lokalnych piw takich jak Sarajewsko, Mostarsko i Niksicko.
Nasze odżywianie zeszło na dalszy plan, powiedziałabym że było bardzo skromne i oszczędne, ale od upałów nie chce się jeść. W 90% jedliśmy owoce, jedynie śniadanie było konkretne, więc wizyty w restauracjach traktowaliśmy jako "może jest coś wegańskiego, a jak nie to trudno" i wcinaliśmy banany. Acha! Koniecznie spróbujcie świeżych fig! Są zielone, w przeciwieństwie do tych, które mamy w Polsce. Są mega słodkie, mniam. Dodam, że niemal wszędzie są frytki (pomfrit), ale mnie to nie jara i nie zamawiałam.

Kaldrma - Stari Bar (Czarnogóra)

Do Kaldrmy trafiliśmy przypadkiem. Urzekł nas wygląd lokalu, więc postanowiliśmy zostać na kawę. Nie jestem pewna, ale lokal ma właściwie dwa lokale, na przeciwko siebie, dzieli je wąska uliczka.
 Przeglądając kartę trafiliśmy na dolmę, czyli ryż zawijany w liście winogron, które notabene ma się nad głową. Danie jak na swoją wielkość nie było tanie (7,50 euro), ale za to było pyszne. To była prawdziwa dolma, ręcznie robiona, brzydka, z kawałeczkami mięty. Do tego kawa po turecku i można wracać.
Kaldrma ma sporo dań wegetariańskich, na pewno znajdziecie coś dla siebie.

Kaldrma - Stari Bar (Czarnogóra)

Będąc w Kotorze znaleźliśmy wegańskie lody, są oznaczone popularnym znaczkiem V. Jedna gałka kosztowała 1 euro. Po zwiedzaniu fortów zjedliśmy wegetariańską pizzę bez sera, przygotowali nam taką bez problemów i wpadek :)

Kotor. Wegańskie lody i pizza bez sera.

Weganie w podróży zawsze sobie poradzą! :)

W niemal każdym sklepie na terenie Bośni czy Czarnogóry znajdziecie mleka i pasty roślinne. Większe markety typu Konzum (bardziej Chorwacja) mają zatrzęsienie wegańskich produktów. Zdjęcie z Instagrama, z Chorwacji właśnie.
Wegańskie jogurty i deserki są fajne, ale przegrywają z tamtejszymi owocami oraz ajwarem :)

To już koniec naszej podróży. Było przecudownie, polecam wszystkim odwiedzić te kraje. Jest bezpiecznie, ludzie są mili, pogoda boska, nic tylko pakować walizki i jechać.
W sumie pokonaliśmy około 3,600 km. Każdy kilometr to piękne wspomnienia <3

Dopiero co wróciliśmy, a Paweł już planuje kolejną podróż, tym razem do Grecji, Macedonii i Serbii. Niech ten czas leci!

Plaża

 ❤️‍❤️‍❤️‍
Wszystkie użyte w poście zdjęcia są moją własnością intelektualną i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. 

5 komentarzy:

  1. Cudne zdjęcia i opisy! I to w momencie, kiedy odliczam dni, a właściwie jeszcze miesiące, do wrześniowego urlopu na Bałkanach. W planach Chorwacja, Bośnia i parę dni odpoczynku nad morzem w Czarnogórze.
    Teraz przynajmniej wiem czego szukać w sklepach i czym się żywić :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie bym tam znowu wróciła! Miłych wakacji, na pewno będzie cudownie <3

      Usuń
  2. Co z tego że jesteście weganami jak jecie soje i gluten, nic w ty zdrowego. To nie jest prawdziwy weganizm

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorry, że podrabiam weganizm!

      Usuń
    2. hahahha prawdziwy weganizm to nie jedzenie produktów zwierzęcych xD
      Soja = roślina, Gluten = pochodzi z roślin ! Czasem ręce same opadają

      Usuń

Wybaczcie za weryfikację obrazkową, ale dostaję niezliczoną liczbę spamu.