niedziela, 30 października 2016

Weganie w podróży: Alicante

Jeżdżąc z Pawłem na wakacje nie wydajemy na nie fortuny. Wybieramy jak najtańsze bilety lotnicze i hostele w przyzwoitej cenie, dzięki czemu w ciągu roku nie kończy się tylko na jednym urlopie (ku niezadowoleniu mojego kierownika :)).

W tym roku udało nam się odwiedzić Portugalię oraz Bośnię i Czarnogórę. Na zakończenie roku wybraliśmy się do hiszpańskiego Alicante.

O mieście, miejscach do zwiedzenia oraz wegańskim jedzeniu przeczytacie w poście poniżej. Warto zajrzeć, jeśli się tam wybieracie!




Nocleg i komunikacja miejska

Alicante odwiedziliśmy w połowie października i pogoda była wspaniała (26-30 stopni C), turystów było całkiem sporo, głównie starszych osób, więc nie chcę sobie wyobrażać co się dzieje w sezonie.
Żal było wracać do ciemnej i zimnej Polski :(

Nocowaliśmy w hotelu Exe Alicante Hills, zabukowanym wiele miesięcy przed przyjazdem. Pobyt w hotelu miał wiele plusów, ale też i minusów.
Pokrótce: hotel znajduje się blisko lotniska, co jednocześnie jest minusem, bo do miasta trzeba kawałek podjechać autobusem.

Cena autobusu do miasta to 1,45 euro lub 3,75 euro (droższy autobus kursujący do lotniska - cena ta sama bez względu na liczbę przystanków). Bilet kupuje się u kierowcy wchodząc do autobusu.
Warto też machać kierowcy, że chce się wsiąść, tak samo sygnalizować, że chce się wysiąść poprzez naciśnięcie guzika w autobusie. Taksówka z naszego hotelu na lotnisko kosztowała około 15 euro.

Oprócz autobusów miejskich, których rozkład jazdy to często wyższa matematyka, po mieście poruszają się również tramwaje - często pod ziemią (to nie metro). Miałam wrażenie, że tramwaje jeżdżą wolniej niż autobusy, mają mnóstwo przystanków przez co nie rozwijają większej prędkości.
Cena przejazdu tramwajem to około 1,45 euro, bilet kupicie w biletomacie w środku tramwaju.



Miejsca

Pierwszym wspaniałym miejscem, które zauważycie po przyjeździe do Alicante (oprócz morza :) ) będzie Zamek Santa Bárbara. Na zamek można wejść pieszo, ale też wyjechać windą, taka przyjemność kosztuje 2,90 euro. Ze szczytu zamku można zjechać za darmo wprost na plażę Postiguet (Playa del Postiguet). Niemal na każdą plażę dojdziecie pieszo. Najładniejszą i najdłuższą z nich (liczy aż 7 km!) jest plaża San Juan (Playa de San Juan).

Zamek Santa Barbara 

Widok z Zamku Santa Barbara


Playa del Postiguet - widok z Zamku Santa Barbara

Playa de San Juan
Playa de San Juan

Przy plażach znajdziecie mnóstwo kawiarni i restauracji, czynnych przez cały rok, a w nich oprócz drinków i piwa możecie zamówić gazpacho, patatas bravas czy guacamole z nachosami.

Zaraz za plażą Postiguet w kierunku Portu Alicante pospacerujecie malowniczą promenadą Explanada de España. To symbol rozpoznawczy miasta, marmurowa powierzchnia bulwaru ułożona jest ponoć aż z 6 milionów malutkich kafelków!







Koniecznie przejdźcie się ulicą San Francisco znaną jako Calle de Las Setas, czyli "grzybową ulicą". Paręnaście lat temu lepiej było się w nią nie zapuszczać, bowiem na ulicy kwitnął handel sami wiecie czym oraz można było dać upust swojemu napięciu :) Tak Wam to opiszę, bo jeszcze dostanę etykietę bloga erotycznego ;)
Władze miasta postanowiły nadać ulicy przyjemniejszy wygląd i za 60 tysięcy euro powstały tam wesołe grzybki, miejsca zabaw dla dzieci oraz zielono żółty chodnik.


Na końcu tej ulicy znajdziecie Canada Coffee z wegańskimi opcjami. Ale o tym poniżej.

Warto również odwiedzić mniejsze miasta przy Alicante, takie jak Elche (palmy!) czy Benidorm (wieżowce nad morzem). My wybraliśmy się do tego drugiego.



Do Benidormu dojedziecie autobusami lini ALSA ze stacji autobusowej (po prostu Estación de Autobuses). Bilety można kupić w biletomacie i kasie. Łatwiej jest w biletomacie, bo nie trzeba nic mówić ;) Istnieje możliwość wyboru miejsc, polecam z samego przodu, świetne widoki po drodze!
Podróż trwa od 40 minut do 1 godziny. Z dworca do plaży dojdziecie pieszo w jakieś 20 minut. A widoki na plaży zapierają dech w piersiach! Czy to JUESEJ?! :)



Będąc w Benidormie koniecznie przejdźcie się na Balkon Śródziemnomorski (El Balcon del Mediterraneo).




Restauracje i kawiarnie

Nie odwiedziliśmy oszałamiającej liczby lokali, bo po co jeść jak można zwiedzać? ;) Przy tak pięknej pogodzie nie chce się za bardzo jeść, a zawsze mieliśmy przy sobie jakieś owoce, które zastępowały nam posiłki.

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy w porze porannej było Tres Semillas. To kawiarnia, która również serwuje śniadania. Menu jest całkowicie wegańskie, jednak kawiarnia podaje do kawy mleko krowie na życzenie klienta. Jeśli chodzi o śniadania, to są typowo hiszpańskie, czyli rogaliki, słodkie bułeczki, a mało jest "treściwszych" opcji. Mimo tego wybraliśmy tosty z wegańskim kremowym serkiem i pomidorami, do tego kawę na mleku sojowym, a na deser (deser do śniadania?!) wybrałam roladkę, a Paweł kremówkę. Ciasta były pyszne, choć za tłuste, ale i tak desery Tres Semillas robią wrażenie, dodatkowo spora ich część jest bez cukru.
Obsługa zna angielski i jest przemiła. Polecam to miejsce! Lokal jest blisko wejścia do Zamku Santa Barbara, więc spokojnie można spalić zjedzone ciacho :)


Kolejnym miejscem była restauracja Fast&Bio serwująca organiczne jedzenie. Menu nie jest w pełni wegańskie, o skład trzeba pytać właściciela, który prawdopodobnie jest Francuzem i ciężko było go zrozumieć :)


Właściciel zaproponował nam kilka rodzajów wegańskiej pizzy. Bardzo spodobała nam się taka opcja. Pizze były rewelacyjne! Ciekawe połączenie smaków i składników, na prawdę świetne pomysły, na przykład pizza "ajwarowa" z rodzynkami. Mistrzostwo! Była też pizza z wegańskim chorizo oraz serami. W lokalu można kupić wegańskie piwo Veer, którego odstraszyła mnie cena niemal 5 euro, więc wzięłam San Miguela, a Paweł Veer'a. Żałowałam tego. To piwo jest pyszne (jeśli można tak powiedzieć o piwie).


Niedaleko Fast&Bio, na ulicy San Francisco znajdziecie kawiarnię Canada Coffee, która ma w ofercie wegańskie muffinki i mleko sojowe oraz migdałowe. Właściciel prawdopodobnie jest Kanadyjczykiem (na pewno nie Hiszpanem ;) ), więc dogadacie się po angielsku. Kawa była pyszna, zamówiliśmy ostatnie 3 bananowe muffinki, z kremem waniliowym i czekoladowym. Kremy były bardzo słodkie, ale muffinki przepyszne. Miękkie, wilgotne i mocno bananowe <3



Najlepszy lokal zostawiam na koniec. To BodhiGreen Vegetariano, prawdziwa perełka! Polecam zrobić rezerwację nawet przez Facebooka. Zarezerwowaliśmy sobie miejsca na 13:00 gdy było jeszcze wcześnie, a kelnerzy non stop odbierali telefony z rezerwacjami. Nic w tym dziwnego, bo lokal i jedzenie jest wspaniałe. Zacznę od tego, że wnętrze restauracji jest piękne urządzone, kelnerzy są eleganccy i uprzejmi, a jedzenie jest pyszne i cudownie podane. Tylko spójrzcie.



Wybraliśmy "menu tygodnia" każde za 10 euro. W skład mojego zestawu wchodziła sałatka z hummusem, a na danie główne wybrałam wędzone tofu zawinięte w plastry bakłażana podane na musie z dyni i duszonej kapustce. Kiedy ja jadłam takie potrawy?!
Paweł wybrał pikantną zupę warzywną oraz spaghetti ze strączkami, które miało trochę za mało sosu, przez co było dosyć suche. Tak się najedliśmy, że nie mieliśmy na nic siły.



Alicante, tak samo jak Madryt ma szeroki wybór wegańskich produktów w marketach. Zaczynając od mleka roślinnego, a kończąc na kotletach z seitanu. Na pewno znajdziecie coś dla siebie w Mercadonie (lody <3), El Corte Inglés czy w Carrefourze. Zdjęcie małych zakupów znajdziecie na moim Instagramie.


Alicante to nie jest miejsce, gdzie jest multum rzeczy do zwiedzania. To miejsce, gdzie można powoli spacerować i zachwycać się urodą miasta, zielenią, palmami, przesiadywać na plaży i w kawiarniach, nie spieszyć się. Tak też postanowiliśmy, że nie będziemy się śpieszyć. Pomału cieszyliśmy się otaczającym nas miastem.


Na sam koniec pozostawiam Wam film, który jest dopełnieniem wpisu o Alicante. Przeprowadzam się. Klik!


1 komentarz:

Wybaczcie za weryfikację obrazkową, ale dostaję niezliczoną liczbę spamu.