Weganie w podróży: Bośnia i Hercegowina oraz Chorwacja, vol.2

Kolejna podróż na Bałkany. Dzięki Pawłowi jestem zakochana w bałkańskich krajach, dzięki niemu zobaczyłam spory kawałek Europy. Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała postu z podróży, uwzględniając wegańskie miejsca. Przewodniki cieszą się wśród Was dużym powodzeniem, ja też uwielbiam je tworzyć, z tym że nie zawsze na czas. Wymagają sporo pracy, przejrzenia i wybrania zdjęć, a robię około kilkaset, przypomnienia sobie nazw miejsc (zbieram wszystkie bilety, żeby pamiętać zabytki) i oczywiście treści.

Do Bośni i Chorwacji wybraliśmy się na przedłużony weekend majowy. 5 dni w BIH, 3 dni w Chorwacji. Zwiedziliśmy ponownie Sarajewo i Mostar, pierwszy raz odwiedziliśmy nieziemski Lukomir. W Chorwacji zatrzymaliśmy się w Splicie. O ciekawych miejscach, jedzeniu i moich wrażeniach przeczytacie w poniższym poście 😊


Bośnia i Hercegowina

Gornji Srebrenik





Po około 11 godzinach jazdy samochodem naszym pierwszym punktem wycieczki była twierdza w Gornjim Srebreniku. To około 3 godziny drogi przed Sarajewem. Koszt wstępu to tylko 2 KM, a widoki są nieziemskie. Zwiedzanie zamku nie zajmuje zbyt wiele czasu, więcej na pewno przeznaczycie na fotografowanie zjawiskowego krajobrazu.

Poprzednim razem, gdy byliśmy w Bośni powitał nas deszcz. Tym razem też tak było i uciekaliśmy przed burzą. Burzowe chmury nadały przerażającego klimatu, choć nie widać tego dobrze na zdjęciach.
Dla tych widoków warto odwiedzić twierdzę!







Sarajewo


W Sarajewie nocowaliśmy dosłownie w centrum starego miasta. Mieliśmy pięć minut spacerku od starego bazaru (Baščaršija) z fontanną Sebilj. To miejsce tętni życiem, również nocą i zobaczycie je na każdej pocztówce z Sarajewa. Za dnia nie zrobicie zdjęcia bez turystów. Raz wstaliśmy przed 7 i od razu wyszliśmy robić zdjęcia. Było świetnie ❤ To samo powtórzyliśmy w Splicie. Miasta wyglądają kompletnie inaczej.


Ten pan ani myślał zmienić miejsca palenia fajeczki :)



Nieopodal fontanny znajduje się najlepszy falafel w mieście oraz rewelacyjna kawiarnia, w której każdego ranka piliśmy kawę. Nie muszę chyba pisać, że obowiązkową rzeczą do zrobienia jest wypicie kawy po bośniacku. W każdym miejscu smakuje rewelacyjnie. W Ministry of Cejf barista pokazał nam jak powinno się ją nalewać. Do kawy niemal zawsze dostaniecie lokum, czyli taką jakby galaretkę i w 99% przypadków zawsze jest wegańska. Składa się głównie ze skrobi ziemniaczanej. Czerwone mogą zawierać koszenilę.

Tym razem kupiliśmy też większą dżezwę do robienia kawy oraz dwie paczki kawy - jedną u starszego pana na bazarze, który mielił ją na miejscu, drugą w markecie. Obie są tak pyszne, że to jest niemożliwe, tego smaku nie podrobi żadna inna kawa.


Ministry of Cejf



Nasza najulubieńsza kawiarnia mieści się na ulicy Kovači, po drugiej stronie starego bazaru, idąc pod górkę w stronę cmentarza. Po drodze miniecie sklep Konzum, w którym znajdziecie hummus w kilku wersjach, a kawałek wcześniej piekarnię z pyszną, tradycyjną bułką somun. Na pewno jest wegańska, a druga kwestia jest taka, że jest przepyszna. Tę bułkę/chlebek podaje się często do hummusu i jeśli nie macie glutenowych ograniczeń, to nie ma co się zastanawiać nad zakupem.

Bułki somun, hummusy z Konzum - z ajwarem i pestkami dyni

Wracając do kawiarni. Oprócz tradycyjnej kawy po bośniacku, serwują kawy typu espresso, latte, cappuccino, etc. Można wybrać mleko migdałowe do kawy oraz wegańskie ciastko, z tym że skosztowaliśmy go tylko raz. Obawiam się, że za każdym razem było zbyt wcześnie i pan barista rano nie miał przygotowanych żadnych słodkości. Tak czy siak, jedliśmy mrożoną babeczkę z masła orzechowego i czekolady, która była rewelacyjna.




Falafel Restoran

Jak już jesteśmy na starym mieście i w tematach jedzenia, polecam Falafel Restoran. W tym lokalu wszystko jest wegetariańskie, a w większości wegańskie. Obsługa oczywiście zna różnicę, jest bardzo pomocna, znakomicie mówi po angielsku i jest przemiła. Ceny nie są wygórowane, generalnie w całej Bośni jest tanio. W Falafel Restoran można się najeść za małe pieniądze, jeśli tylko uda się Wam zdecydować co chcecie zjeść :) My stołowaliśmy się tylko tam. Zapasy hummusu i falafela zostały uzupełnione!






Co zobaczyć w Sarajewie?

Kolejka na Trebević



W Sarajewie jest masa zabytków i miejsc do zobaczenia. Od tego roku, od kwietnia ponownie funkcjonuje kolej linowa na szczyt góry Trebević. Dwa lata temu wjeżdżaliśmy tam samochodem, żeby zobaczyć tor bobslejowy z Igrzysk Olimpijskich. Kolejka służyła saneczkarzom i bobsleistom podczas IO w 1984 roku, 8 lat później została doszczętnie zniszczona podczas wojny. Ze względu na brak finansów, udało ją się ukończyć dopiero w tym roku. W weekendy do kolejki ciężko się dostać (masa turystów), lepiej zaplanować wjazd na inny dzień i to najlepiej rano. My wyjechaliśmy na szczyt o 9:00 w poniedziałek. Prawie nie było ludzi. Na szczycie ciągle trwa remont, także generalnie oprócz cudnych widoków i stacji kolejki nie ma tam nic (stan na maj). Nieopodal znajduje się tor bobslejowy, przy wyjściu z kolejki znajdziecie mapę. Warto poszwendać się po górach i zobaczyć tor. Cena z wjazdem i zjazdem to 20 KM za osobę.

Przed i po :)





Cmentarz Kovači

W jakiś sposób fascynują mnie muzułmańskie cmentarze. Jest w nich coś magicznego. Przemierzając Bośnię na pewno zobaczycie takich mnóstwo, większych lub mniejszych. Spacerując po mieście na pewno traficie na cmentarz Kovači. Warto przejść przez cmentarz i wspiąć się po kamiennych schodkach, zatrzymać się i spojrzeć w dół. Widok robi wrażenie.





Idąc w górę traficie do Żółtej Twierdzy, skąd można podziwiać panoramę miasta. To chyba najbardziej popularny punkt widokowy w Sarajewie.
Kawiarnia (jak i sama twierdza) usytuowana w twierdzy była w remoncie. Mam wrażenie, że w maju Bośniacy remontowali dosłownie wszystko co popadnie, żeby zdążyć przez sezonem.


Widok z Żółtej Twierdzy


Svrzina kuća (Svrzo's House)

To stary dom z XVIII wieku, postawiony za czasów panowania Imperium Osmańskiego. Jak nietrudno się domyśleć, w środku znajduje się muzeum - można zwiedzić cały dom należący kiedyś do muzułmańskiej rodziny. Historię możecie przeczytać na podlinkowanej stronie w tytule lub na miejscu :) Polecam, to ciekawa wycieczka, a wstęp jest niedrogi.




Dom Inat Kuca (Przekorny dom)

Historia tego miejsca jest zarazem fascynująca, zabawna i trochę smutna. W skrócie: paręset lat temu chciano wybudować meczet na miejscu domu Inat, właściciel nie chciał się zgodzić na wyburzenie swojego domu. Dom przeniesiono w całości na drugi brzeg rzeki. Po 200 latach w miejscu domu chciano wybudować ratusz. Dom znowu przeniesiono - na jego pierwotne miejsce, tuż obok meczetu.
Ciekawostką jest, że mieści się tam teraz restauracja, która serwuje również wege opcje, ale nie próbowaliśmy.

Inat Kuca


Tunel Nadziei - Tunel Spasa (pod lotniskiem w Sarajewie)



Najbardziej smutne miejsce tej wycieczki. Tunel, który zaledwie 25 lat temu służył jako ratunek dla Bośniaków przed Serbskim oblężeniem. Tunelem przerzucano żywność, broń, amunicję, ludzi i zwierzęta. Tunel miał prawie kilometr długości, obecnie 25 metrów jest udostępnione dla turystów.
Na miejscu ogląda się film, można przejść tunelem, obejrzeć wystawę. Do dyspozycji są również słuchawki z lektorem w różnych językach.






Lukomir (około 2 godziny drogi od Sarajewa)



Najdziwniejsze w pozytywnym znaczeniu i najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam od dawna. Numerem jeden będzie dla mnie grecka wyspa Lefkada, numerem dwa - Lukomir.

Droga do Lukomiru jest ciężka. Nie przekroczycie 30 km/h, w niektórych odcinkach trzeba będzie jeszcze bardziej zwolnić. Podczas podróży do Lukomiru, mogą się pojawić myśli "a może zawrócimy?". Jeśli tylko je odgonicie, to traficie na koniec świata. Dosłownie koniec świata. Olbrzymie hektary kamiennych pól, gór i nizin, gdzieniegdzie jeszcze leży śnieg. Co jakiś czas traficie na innych turystów lub pasterza z owcami, ale to już bliżej wioski. Przygotujcie się na zatrzymywanie co kilka minut i fotografowanie krajobrazu. Nie da się tego nie robić!

W wiosce można się przespać, jest domek z noclegiem. Mieszkańcy jednak nie patrzą na przyjezdnych przychylnie, mam wrażenie że turyści im przeszkadzają, ale z drugiej strony nie dziwię się. Lukomir jest sporą atrakcją dla Polaków, w wiosce wszystkie rejestracje samochodów były Polskie.
Przygotujcie się na masę zdjęć.












Mostar

Z Sarajewa ruszyliśmy na Mostar. Nocowaliśmy tuż obok Starego Mostu. W tym wpisie nie wspominałam o problemach z noclegami, które oczywiście były. Jak nie okno wychodzące na mur, duszne, wilgotne i śmierdzące piwnicą pokoje, to nagła zmiana noclegów przez właściciela, gdy po półgodzinnym szukaniu pokoju udało nam się go znaleźć. Takie przygody mamy zawsze, ale cóż, wybieramy bardzo tanie noclegi, żadne all inclusive, trzeba to przewidzieć.

Zdjęcie robione z minaretu Meczetu Koski Mehmed Pasha

W Mostarze raczej nie ma nic do jedzenia. Przechadzając się uliczkami przy moście zauważyłam wielki napis VEGAN, gluten free. Oczywiście nic vegan nie było, bo kotlety miały jajko. Doceniam kelnera za uczciwość, zjedliśmy frytki popijając piwem Mostarsko ❤
Oczywiście, jak się dobrze szuka, to można znaleźć wegańskie dania, my szybko się poddaliśmy w momencie jak zobaczyliśmy cenę "veggie plate" w restauracji. Banany i piwo zawsze na propsie!




W Mostarze polecam spacery późnym wieczorem, jest zdecydowanie mniej turystów, dodatkowo miasto jest cudownie oświetlone przez kawiarnie i stragany. W Mostarze warto kupić rakiję, najsmaczniejsza to brzoskwiniowa i figowa. Sprzedawczynie na pewno dadzą spróbować i to nie jednej. Więcej o Mostarze pisałam w poprzednim wpisie, zainteresowanych odsyłam TU.

Wieża snajperów

Naszym głównym celem w Mostarze była Wieża Snajperów. To dawny, opuszczony budynek banku, z którego chorwaccy snajperzy strzelali do ludzi podczas wojny. Ponoć znalezienie łuski po kuli nie jest zbytnio trudne. Będąc w domu i oglądając zdjęcia wieży, byłam nastawiona że oczywiście na nią wejdę, przecież trzeba to sprawdzić. Stojąc przy wieży całkowicie się rozmyśliłam, obleciał mnie strach. Strach przed tym, że nie wiadomo kto jest w środku. Nie żyję na zasadzie, "lepiej tam nie pójdę, bo coś mi się stanie", ale jeśli będziecie na miejscu, to zrozumiecie. Wieża jest przerażająca. Gdyby jeszcze ktoś, grupa ludzi chciała wejść na górę, to pewnie bym się odważyła. Teraz trochę tego żałuję, bo miejsce jest pokryte niesamowitymi muralami, graffiti, widok z wieży też nie jest bez znaczenia.
Wejście do budynku jest pozamykane na kłódki, natomiast z tyłu wieży znajdziecie dziurę w ogrodzeniu, przez którą z łatwością można wejść.

Obok wieży znajduje się park z muralami, pomnik Bruca Lee (tak!), "Spanish square" - warto poznać okolicę.








Vrati mi moje krpice - oddaj mi moje szmaty/ubrania


W drodze do Splitu zaliczyliśmy drugi raz Pocitelj. A w Chorwacji aż dwie godziny opalania w okolicy Makarskiej.



Chorwacja

Split


Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, czy podzielić ten post na dwa, o Bośni i Chorwacji. Stwierdziłam, że część chorwacka nie jest na tyle rozbudowana, aby robić o niej osobny post.

W Splicie zdecydowanie jest więcej miejsc, w których można zjeść wegański posiłek. Jednym z nich jest Marta's Veggie Fusion. To nieduży, bardzo sympatyczny lokal z miłą obsługą, kilkoma daniami, ciastami, koktajlami, oczywiście z kawą, a także z piwami rzemieślniczymi. Wszytko było bardzo smaczne oprócz kawy, dla mnie to była straszna lura, smakowała jak kawa z kolby użytej 3 razy.

Wybraliśmy burgery, ale w formie dania z pieczonymi ziemniakami oraz warzywami. Dziewczyny robią wszystko przy kliencie (za barem) z wstępnie przygotowanych składników.




Odwiedziliśmy również pewnego rodzaju fast food zaraz przy wejściu na rynek, o prostej nazwie Vege. Nie nastawiałam się na super smaczne jedzenie, ale bardzo się zawiodłam. Wybraliśmy się tam na śniadanie, ponieważ menu kusiło fajnymi kanapkami. Nie było kanapek, pani zaproponowała nam burrito z ryżem, tofu i warzywami, bo z zasadzie nic innego nie było. Zamówiliśmy dwa oraz dodatkową sałatkę. Sałatką była garść sałaty i kapusty plus 3 plasterki ogórka, bez żadnego sosu. Można było sobie samemu dolać oliwy. Burrito nie miało żadnego smaku, nie było nawet słone, natomiast warzywa ociekały tłuszczem, mimo tego, że były mocno al dente.

Żeby nie było smutno, jedliśmy też pyszną pizzę bez sera, w dodatku bardzo tanią. Niestety nie przypomnę sobie nazwy pizzerii za nic. Bardzo długo jej szukaliśmy i to podczas burzy, gdzie skupiałam się na tym, żeby nie wchodzić we wszystkie możliwe kałuże :)




Stare miasto

Jednego dnia całym Splitem rządziły burze, więc pojechaliśmy do Trogiru oraz na zamek Klis, o którym zaraz napiszę kilka słów. Tak samo, jak w Sarajewie wstaliśmy po 6 rano, żeby sfotografować miasto bez turystów. Było tak pięknie! I spokojnie :) Obserwowaliśmy też jak pracują służby miejskie.


Pałac Dioklecjana






W Splicie jest masa wąskich uliczek, przy których są sklepy, knajpy, mieszkania.
Zastanawialiśmy się z Pawłem jak mieszkańcy rozwiązują dostawy towaru, odbiór śmieci i tym podobne kwestie. Okazuje się, że po mieście krążą mini śmieciarki wielkości melexów, które zbierają śmieci i zwożą do zwykłej śmieciarki, która czeka na dużej ulicy. Tak samo dostawy czy poczta. Coś na kształt wózkowych platform z barierką obsługiwane przez kierowców rozwożących towar.

Co ciekawe miasto bardzo dba o porządek. W kilku miejscach musieliśmy czekać aż posadzka zostanie wyczyszczona przez mini zamiatarki (?), aby iść dalej. Niestety gołębie przesiadające na parapetach i murach zostawiają po sobie sporo śladu, łatwo też zostać najnormalniej w świecie obsranym przez ptaka :)


Katedra św. Duje





Trogir

W Trogirze spędziliśmy zaledwie dwie godziny. Pobuszowaliśmy pomiędzy uliczkami, przeszliśmy się promenadą i weszliśmy na Wieżę Kamerlengo, skąd pochodzą poniższe zdjęcia.


Trogir

Trogir


Twierdza Klis

Twierdza Klis mieści się około 30 minut drogi od Splitu. Współczesną ciekawostką, zachęcającą do odwiedzenia fortecy jest fakt, że częściowo kręcono w niej popularny serial "Gra o Tron". Wiele ujęć powstało również w Dubrowniku i w Splicie. Osobiście nie widziałam ani jednego odcinka, ale wyobrażam sobie, że ekipa miała spore pole do popisu. Zamek nadaje się do tego świetnie. Zła informacja jest taka, że na miejscu można zobaczyć "wystawę" poświęconą fortecy i GoT. W ciemnym pomieszczeniu wisi kilka zdjęć (kartek) - kadrów z serialu i zdjęć rzeczywistych. Wystawa jest tak biedna, że gorzej być nie może. Myślę, że zarządzający zamkiem (miasto?) zyskałoby, gdyby poświęcili czas wystawie z prawdziwego zdarzenia. Choć w sumie turyści i tak odwiedzają to miejsce, więc po co się starać?

Na miejscu znajdziecie również drugą wystawę - świetnie przygotowaną, na temat historii fortecy, wojen, mieszkańców.









Na sam koniec wycieczki zatrzymaliśmy się na 1 noc w Budapeszcie. Oczywiście wstąpiliśmy do wspaniałej wegańskiej restauracji Napfenyes Etterem.

I to by było na tyle. A już za tydzień Szwajcaria! ❤





Komentarze